Arkadiusz Milik „piratował” za kierownicą na oczach policjantów. Zaskakujący finał sprawy. Oświadczenie rzecznika KRP Warszawa Śródmieście
ClacsonAutor
Są kierowcy, którzy stoją w korku jak wszyscy. Są też tacy, którzy najwyraźniej uznają, że korek dotyczy wyłącznie ludzi bez odpowiedniego samochodu i nazwiska. Historia z warszawskiego Placu Powstańców Warszawy pokazuje, że czasem wystarczy luksusowy Mercedes i znane nazwisko, by zwykła kontrola drogowa skończyła się początkowo zupełnie inaczej, niż można by się spodziewać. Ale też pokazuje, że publikacje w mediach powodują, że ktoś w policji puknie się w głowę i doprowadzi do ponownego zainteresowania się sprawą jazdy ex-reprezentanta Polski w piłce nożnej.

W tym artykule:
- Mercedes klasy G i przepisy, które najwyraźniej przeszkadzają
- 30 sekund i po sprawie
- To nie miał być koniec
- Policja ma prawo pouczyć. Ale czy to wystarczy?
- Zwykły kierowca też chciałby mieć takie szczęście
- Równi wobec prawa, przynajmniej w teorii
- Policja zmienia zdanie
- Milik straci prawo jazdy?
- Życzliwi policjanci z Opla też będą mieć problem?
Mercedes klasy G i przepisy, które najwyraźniej przeszkadzają
Warszawa, Plac Powstańców Warszawy, korek. Samochody stoją jeden za drugim, kierowcy czekają, aż ruch wreszcie ruszy. Nuda, codzienność, nic nadzwyczajnego. Aż do chwili, gdy kierowca Mercedesa klasy G postanawia, że nie będzie uczestniczył w tym przedstawieniu na zasadach obowiązujących wszystkich pozostałych.
Auto przejeżdża przez podwójną linię ciągłą i wyprzedza na przejściu dla pieszych. Za kierownicą siedzi znany piłkarz Arkadiusz Milik. Co ciekawe, wszystko dzieje się na oczach policjantów jadących oznakowanym radiowozem.
Trudno o bardziej wymowną scenę. Jedni cierpliwie czekają w korku, inni najwyraźniej uznają, że mogą poszukać własnej drogi na skróty. A gdy obok znajduje się policja, można by oczekiwać, że sprawa szybko się wyjaśni.
30 sekund i po sprawie
Policjanci zareagowali, zatrzymali Mercedesa i porozmawiali z kierowcą. Cała interwencja trwała około 30 sekund. Zero nakazania zjechania na pobocze, zero kontroli dokumentów. Finał to tylko pouczenie. Bez mandatu, bez punktów karnych. Wszystko trwało trzydzieści sekund. W pół minuty zakończyła się sprawa dotycząca poważnych naruszeń przepisów ruchu drogowego.
Oczywiście, nie każda interwencja musi kończyć się mandatem. Policjant ma prawo uwzględnić okoliczności konkretnego zdarzenia. Tyle że w takich sytuacjach natychmiast pojawia się pytanie: czy podobną wyrozumiałość spotkałby kierowca, którego nazwiska nikt nie kojarzy?
To nie miał być koniec
Dziennikarze „Faktu”, którzy nagrali zdarzenie, opisali również kolejną sytuację. Według ich relacji ten sam samochód miał później przejechać przez skrzyżowanie na czerwonym świetle.
Jeśli uwzględnić wszystkie opisane wykroczenia, łączna liczba punktów karnych mogłaby być bardzo wysoka. W publikacji gazety pojawiła się liczba 35 punktów. To jednak nie znaczy, że wszystkie te punkty zostały kierowcy przypisane, przypominam, interwencja zakończyła się pouczeniem.
Policja ma prawo pouczyć. Ale czy to wystarczy?
Policja, wyjaśniając interwencję, powołała się na art. 41 Kodeksu Wykroczeń. Przepis ten pozwala w określonych sytuacjach poprzestać na pouczeniu zamiast nakładać karę.
Formalnie wszystko się zgadza: taka możliwość istnieje. Nie oznacza to jednak, że każda decyzja o odstąpieniu od mandatu będzie wolna od pytań i wątpliwości.
W takich przypadkach liczy się nie tylko to, co dopuszcza prawo, ale również to, jak obywatele odbierają jego stosowanie. Jeśli ktoś widzi kierowcę łamiącego przepisy na oczach policji, a chwilę później obserwuje, jak ten odjeżdża bez mandatu, może zacząć się zastanawiać, czy wszyscy rzeczywiście mają takie same zasady gry.
Nie wiem, jakie dokładnie okoliczności zadecydowały o pouczeniu, ale się domyślam, choć nie mam podstaw, by przesądzać, że kierowca został potraktowany ulgowo ze względu na swoją rozpoznawalność. Sam przebieg interwencji wystarczy jednak, by postawić pytanie o konsekwencję w egzekwowaniu prawa.
Zwykły kierowca też chciałby mieć takie szczęście
Wyobraźmy sobie teraz kierowcę starego Opla, który w podobnej sytuacji przecina podwójną ciągłą i wyprzedza na pasach. Nie ma rozpoznawalnego nazwiska, sportowego kontraktu ani samochodu, który kosztuje tyle, co mieszkanie. Ma za to nadzieję, że zdąży do pracy.
Czy również skończyłoby się na 30-sekundowej rozmowie? Być może. Nie sposób stwierdzić, że na pewno dostałby mandat. Ale właśnie brak pewności sprawia, że takie zdarzenia budzą emocje. Ludzie chcą mieć poczucie, że o konsekwencjach decydują okoliczności wykroczenia, a nie to, kto siedzi za kierownicą.
Bo przecież na drodze nie powinno być ważne, czy prowadzisz luksusowego Mercedesa, rodzinne kombi czy samochód, który najlepsze lata ma już za sobą.
Równi wobec prawa, przynajmniej w teorii
Cała historia nie musi być dowodem na istnienie specjalnych przywilejów dla celebrytów. Jest jednak dobrym przykładem tego, jak łatwo pojedyncza interwencja może podważyć zaufanie do równego traktowania.
Policja ma prawo oceniać konkretne sytuacje, a pouczenie jest przewidzianą przez prawo możliwością. Obywatele mają z kolei prawo oczekiwać, że podobne przypadki będą oceniane według porównywalnych kryteriów, niezależnie od popularności sprawcy.
I może właśnie to jest w tej historii najważniejsze. Nie sam Mercedes, nie znane nazwisko i nawet nie te kilkadziesiąt sekund rozmowy. Chodzi o zwykłe poczucie sprawiedliwości.
Bo kiedy przeciętny kierowca widzi, że ktoś łamie przepisy, a potem odjeżdża z pouczeniem, trudno mu nie zadać jednego pytania: czy na polskich drogach naprawdę wszyscy są równi, czy niektórzy po prostu mają więcej szczęścia?
Film z jazdy Arkadiusza Milika, który opublikował dziennik "Fakt" znajdziesz TUTAJ.
Policja zmienia zdanie
"W związku z zachowaniem na drodze kierowcy osobowego Mercedesa, do którego doszło 25 września br. w centrum Warszawy, Komendant Rejonowy Policji Warszawa I, po przeanalizowaniu dokumentacji, podjął decyzję o przeprowadzeniu dalszych czynności w sprawie wykroczeń przeciwko bezpieczeństwu i porządkowi w ruchu drogowym" - poinformował Jakub Pacyniak, rzecznik prasowy Komendanta Rejonowego Policji Warszawa Śródmieście.
Milik straci prawo jazdy?
Pacyniak zapowiedział, że materiał dowodowy posłuży do sporządzenia wniosku o ukaranie kierowcy, który trafi do właściwego sądu. Dla Milika może to oznaczać nawet utratę uprawnień do kierowania pojazdami. Kierowcy zarzuca się trzy poważne wykroczenia. Najmniej kosztowne jest przekroczenie podwójnej linii ciągłej, za które grozi 200 zł mandatu i 5 punktów karnych. Przejazd na czerwonym świetle to już 500 zł i 15 punktów. Najsurowiej karane jest wyprzedzanie na przejściu dla pieszych: 1500 zł mandatu oraz kolejne 15 punktów karnych.
Życzliwi policjanci z Opla też będą mieć problem?
Zdaniem posła Marka Sawickiego z PSL, jeśli policjanci tak traktują osobę publiczną, trzeba zastanowić się, czy tacy policjanci powinien dalej pełnić służbę. Ale jako, że działali zgodnie z obowiązującymi przepisami (stosując art. 41 kodeksu drogowego) konsekwencji swojego jakże życzliwego potraktowania Milika naszym zdaniem nie poniosą. Po prostu wolno im było to zrobić.












