World EV Day: kocham elektryka. Nienawidzę ładowarek
ClacsonAutor
Jest 9 września. Dla większości ludzi to zwyczajny dzień w kalendarzu, gdzieś między początkiem roku szkolnego a pierwszymi jesiennymi przymrozkami. Dla mnie i dla całej rzeszy ludzi, którzy zamienili bak na baterię, to coś więcej. To World EV Day, światowy dzień samochodów elektrycznych. A jako człowiek, który od jakiegoś czasu porusza się wyłącznie na prąd, czuję się w obowiązku powiedzieć wprost: to jeden z najlepszych sposobów podróżowania, jakie wymyślono od czasu koła. Pod warunkiem, że ktoś inny nie okupuje akurat jedynej sprawnej ładowarki, albo złodziej nie odciął kabla.

Skąd się wziął World EV Day?
World EV Day ogłoszono w 2020 roku, w samym środku pandemicznego zamieszania, gdy większość świata siedziała w domach i zastanawiała się, czy w ogóle kiedykolwiek jeszcze gdzieś pojedzie. Pomysłodawcą był Ade Thomas, twórca platformy medialnej Green.TV zajmującej się tematyką zrównoważonego rozwoju, a inicjatywę wsparła szwajcarska firma technologiczna ABB.
Od pierwszej edycji święto obchodzone jest co roku tego samego dnia. Z czasem zaczęło przyciągać coraz więcej producentów samochodów, operatorów ładowarek, firm energetycznych i zwykłych kierowców.
Formuła jest prosta: firmy organizują dni otwarte, jazdy testowe czy akcje darmowego ładowania, a entuzjaści elektromobilności spotykają się, żeby przekonywać sceptyków, że przesiadka na prąd wcale nie jest taka straszna. Nie ma jednego centralnego organizatora imprez. To raczej wspólny termin w kalendarzu, do którego może dołączyć każdy kto chce.
Jazda elektrykiem po mieście to sama przyjemność
Trzeba to powiedzieć jasno: jazda elektrykiem to jedna z tych rzeczy, które brzmią nudno, dopóki się ich nie spróbuje.
Naciskasz pedał gazu i samochód rusza z kopyta. W aucie spalinowym podobne wrażenia wymagałyby turbiny, kompresora i znacznie większej ilości hałasu. Tutaj nie ma opóźnienia, zmiany biegów ani całego tego mechanicznego dramatu. Jest po prostu natychmiastowe przyspieszenie i cisza, która na początku wydaje się niepokojąca, a po tygodniu staje się luksusem.
Do tego dochodzi coś, czego nie doceniałem, dopóki nie spędziłem za kierownicą elektryka trzech lat: spokój.
Krakowskie korki, które kiedyś kończyłem się bólem głowy od warkotu silnika i zapachu spalin, teraz pokonuję jadąc buspasem niemal bezgłośnie. Rekuperacja sprawia, że po pewnym czasie zaczyna się jeździć jedną nogą i traktować to jak osobiste osiągnięcie sportowe.
Brzmi banalnie, ale właśnie takie detale sprawiają, że po dłuższym kontakcie z elektrykiem powrót do auta spalinowego wydaje się cofaniem w czasie. Jakby ktoś nagle kazał mi zamienić smartfona na telefon na kartę.
Teraz trasa. I zaczyna się nerwica
Tu jednak zaczyna się druga strona medalu, o której entuzjaści elektromobilności czasem wolą nie mówić. Bo o ile miasto jest rajem, o tyle dłuższa trasa potrafi być testem cierpliwości, jakiego nie zna niejeden kierowca diesla.
Planowanie podróży elektrykiem to już nie tylko sprawdzenie mapy. To mała strategia wojskowa. Trzeba przewidzieć, gdzie się naładować, ile czasu to zajmie, ile będzie kosztować i co zrobić, gdy plan się posypie. A posypuje się częściej, niż powinien.
Nie ma nic bardziej frustrującego niż zjazd na stację, przy której stoi dokładnie jedna szybka ładowarka, i odkrycie, że ktoś już się do niej podłączył. A jego samochód, sądząc po tempie ładowania, będzie tam stał jeszcze przez godzinę. Albo gorzej: ładowarka stoi wolna, ale na wyświetlaczu wita nas błąd komunikacji, migające światełko i kompletna cisza ze strony infolinii. Bywa, że ta ostatnia każe czekać w kolejce telefonicznej dłużej, niż trwałoby samo ładowanie.
To właśnie ten moment, w którym cała filozofia spokojnej jazdy elektrykiem znika. Na jej miejsce wchodzi frustracja, jakiej nie czułem stojąc w korku na obwodnicy Krakowa w piątek po południu.
Oczywiście infrastruktura ładowania rośnie, ale wciąż rozwija się nierównomiernie. W jednym miejscu mamy trzy ładowarki na parkingu, w innym jedną na całą trasę. I jeszcze taką, która połowę czasu jest zepsuta albo ma problem z kablem.
A jednak warto mieć elektryka
Mimo tych wszystkich chwil irytacji, a uczciwie trzeba przyznać, że się zdarzają, trudno nie zauważyć, że elektromobilność dojrzewa.
Sieć ładowania rozwija się z miesiąca na miesiąc, ceny nowych i używanych elektryków stają się coraz bardziej przystępne, a producenci prześcigają się w ofertach mających przekonać sceptyków takich jak ja jeszcze kilka lat temu.
World EV Day nie jest więc świętem wyłącznie dla tych, którzy już jeżdżą na prądzie i chcą się tym pochwalić. To raczej zaproszenie dla tych, którzy wciąż się wahają, żeby choć na jeden dzień usiąść za kierownicą elektryka i sprawdzić, czy cisza, przyspieszenie i wygoda są warte tego, że raz na jakiś czas trzeba będzie postać przy ładowarce dłużej, niż by się chciało. W moim przypadku odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak.
Nawet jeśli od czasu do czasu mam ochotę wrzasnąć na wyświetlacz ładowarki, który uparcie pokazuje komunikat błędu.












