Limity prędkości są niedopasowane do współczesnych samochodów?
ClacsonAutor
Kołobrzeg, 31-letni kierowca za kierownicą Lamborghini i prędkościomierz wskazujący 107 km/h w terenie zabudowanym, gdzie limit wynosi 50. Nie trzeba być absolwentem politechniki, żeby zauważyć, że to ponad dwa razy szybciej niż wolno. Mandat 1500 złotych, 13 punktów karnych, prawo jazdy zatrzymane elektronicznie na trzy miesiące, i… internet natychmiast robi to, co internet robi najlepiej, czyli tłumaczy sprawcę, że to nie jego wina, tylko wina przepisów, które nie nadążają za postępem technicznym. Otóż nie. To nie przepisy się zestarzały. To ludzie ciągle wierzą, że hamulce Brembo dają im prawo do szybkiej jazdy.

Auto jest lepsze, ale droga wciąż jest ta sama
Zacznijmy od tego, co jest prawdą, bo felieton to nie znaczy felieton bez faktów, tylko felieton, w którym fakty są podane z odpowiednią dawką jadu. Współczesne samochody rzeczywiście hamują krócej, trzymają się drogi pewniej i mają więcej elektroniki niż cała NASA w czasach programu Apollo. ESP, ABS, czujniki martwego pola, systemy utrzymania pasa ruchu, to wszystko prawda i to wszystko robi różnicę.
Tyle że droga, po której to cudo techniki się porusza, nie zmieniła swoich parametrów fizycznych ani o milimetr. Zakręt w Kołobrzegu ma taki sam promień jak czterdzieści lat temu. Przejście dla pieszych jest w tym samym miejscu. Dziecko wybiegające za piłką nie stało się bardziej przewidywalne tylko dlatego, że ktoś kupił auto z pakietem sportowym.
Krótko mówiąc: silnik i hamulce poszły do przodu o lata świetlne. Prawa fizyki zostały w miejscu.
140 na autostradzie, 107 na ulicy
Polski limit 140 km/h na autostradach jest, licząc Niemcy jako wyjątek od reguły, jednym z najbardziej liberalnych w Europie. Gdyby rozmowa toczyła się wyłącznie o tym odcinku drogi, byłbym gotów słuchać dalej z zainteresowaniem, bo autostrada to środowisko w miarę kontrolowane, bariery, brak skrzyżowań, brak rowerzystów, brak sygnalizacji świetlnej.
Problem w tym, że kierowca Lamborghini nie jechał autostradą. Jechał ulicą w mieście, tam gdzie limit 50 km/h istnieje nie dlatego, że ktoś w ministerstwie nie wierzy we włoską inżynierię, tylko dlatego, że w terenie zabudowanym prędkość decyduje o tym, czy potrącony pieszy wychodzi z tego z siniakiem, czy nie wychodzi wcale. To nie jest kwestia dynamiki jazdy. To jest kwestia energii kinetycznej, a z tą się nie negocjuje.
Jechał 42 km/h zamiast 30
Pewien obywatel dostał mandat za przekroczenie prędkości o 12 km/h w strefie z ograniczeniem do 30 km/h. Ten przykład pokazuje drugą stronę tego samego problemu. Bo tu nie chodzi już o brawurę, tylko o irytację człowieka, który poczuł się jak żółw wyprzedzany przez hulajnogę. I mam dla niego pewne zrozumienie, jazda 30 km/h przez dłuższy czas potrafi być frustrująca, zwłaszcza gdy ulica jest pusta, a fizyka wydaje się śpiąca.
Tylko że strefy „30” nie zostały wymyślone po to, żeby dostosować się do temperamentu kierowcy. Zostały wymyślone dlatego, że przy 30 km/h auto ma szansę zatrzymać się, zanim coś się stanie, a przy 50 km/h ta sama sytuacja kończy się już zupełnie inaczej. Różnica w czasie dojazdu między jazdą 30 a 42 km/h na krótkim odcinku miejskiej ulicy to kwestia kilku sekund. Różnica w skutkach potrącenia przy tych prędkościach to kwestia życia.
Więcej aut na drogach, nie mniej ryzyka
Skoro już przy statystykach jesteśmy, ruch na polskich drogach od czasów, gdy limity prędkości ustalano po raz pierwszy, wzrósł nieporównywalnie. Obok nowoczesnych aut z pełnym pakietem asystentów jeździ mnóstwo pojazdów, które najlepsze lata mają dawno za sobą, a przegląd techniczny przeszły raczej dzięki znajomościom niż stanowi hamulców. Za kierownicą tych i innych aut siedzą ludzie w bardzo różnej kondycji, zmęczeni po nocnej zmianie, rozproszeni telefonem, czasem po prostu starsi i wolniej reagujący. Do tego dochodzą rowerzyści, hulajnogowcy i piesi, których na ulicach jest dziś więcej niż kiedykolwiek. Nowoczesne Lamborghini w tym całym równaniu jest tylko jedną zmienną. I to wcale nie tą najważniejszą.
Prawdziwy problem nie leży w przepisach
Argument „mój samochód jest bezpieczniejszy, więc mogę jechać szybciej” byłby sensowny, gdyby na drodze jeździł tylko on. W rzeczywistości drogę dzieli się z autami sprzed dwudziestu lat, z rowerzystami bez kasków i z dziećmi, które nie czytają specyfikacji technicznej ABS-u, zanim wbiegną na jezdnię. Limity prędkości nie są ustalane pod najlepszy możliwy samochód w najlepszych możliwych warunkach. Są ustalane pod najgorszy realistyczny scenariusz, bo to on decyduje, czy ktoś wraca do domu, czy trafia do prokuratury w charakterze podejrzanego.
Kierowca z Kołobrzegu przez trzy miesiące będzie miał dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić.












